
Kadr z filmu "Podróże w czasie"
Romana Wilhelmiego wspomina Maciej Domański, reżyser, dramaturg, przyjaciel aktora.
Wiele lat przyjaźnił się Pan z Romanem Wilhelmim, należał Pan do nielicznego grona jego bliskich znajomych. Czego o Romanie nie znajdziemy w jego biografiach?
Roman prywatnie nigdy nie płakał. To nas łączyło, że nas obu w wieku sześciu lat tatuś – choć pochodzimy z różnych miejsc w Europie – nauczył, że mężczyzna nie płacze. Nieraz o tym rozmawialiśmy, że kiedyś trzeba by się umówić i wspólnie popłakać.
Z opisów osób, które z nim pracowały, które go znały wyłania się postać samotnika, osoby nie należącej do żadnego towarzystwa i też nie do końca lubianej w swoim środowisku zawodowym. Jaki to miało wpływ na jego karierę?
Roman naprawdę zapłacił ogromną cenę za to, że był jednostką niezależną. On kochał wolność. Każdy wielki artysta kocha wolność ekspresji twórczej, wolność wypowiedzi, ale on kochał również wolność bardzo konkretnie. On się nigdy nie chciał dopisać do jakiejkolwiek grupy czy koterii. Był człowiekiem osobnym i przez to cierpiał podwójnie: przede wszystkim omijała go bardzo duża ilość propozycji filmowych i teatralnych. Ponadto funkcjonowała dość powszechna, krzywdząca opinia, że jest alkoholikiem i idiotą. On nie był alkoholikiem i ja to zawsze powtarzam, kiedy tylko wypowiadam się publicznie: proszę mi pokazać, kto z wielkich aktorów, pisarzy tamtych czasów nie pił?
Dlaczego tak o nim mówiono?
Mówiono o nim w ten sposób, bo mu po prostu zazdroszczono. A to, że był idiotą to on wymyślił sam. Słynną opowieść o tym, że Jerzy Andrzejewski był zachwycony Wilhelmim i chciał, by mu go przedstawiono a po piętnastu minutach z niesmakiem rzekł, że nie chce z Romanem rozmawiać, bo on przeczytał tylko „Dywizjon 303” a i to do połowy, wymyślił Roman sam o sobie. On zasłaniał się taką tarczą, bo był człowiekiem wrażliwym i delikatnym. Nigdy nie znałem aktora, który czytałby tak ogromną ilość literatury jak on. Bardzo przygotowywał się do każdej roli. Pytał reżysera o tak różne rzeczy, że czasem było to aż śmieszne. Roman wynosił ode mnie książki w dużych ilościach. Zawsze dzwonił i mówił: profesorze, tu mam taką listę. On mówił do mnie „profesor”, choć byłem od niego znacznie młodszy. To był zawsze bardzo trafny dobór lektur do każdej roli. Tak jakby tę listę ułożył krytyk literacki.
Co w takim razie pomogło mu w otrzymaniu tych ról, dzięki którym pokazał swoją wielkość, swój talent?
Roman miał szczęście i nieszczęście trafić do Teatru Ateneum, który w latach ’60 i ’70 był jednym z kilku najważniejszych teatrów w Polsce. W takim teatrze zespół miał hierarchię: miał swoich liderów, było też ścisłe grono ulubieńców warszawskiej publiczności. Roman mógł się do tej grupy dostosować, stanąć w szyku i czekać na awans, ale on nosił generalską buławę w plecaku od dziecka i nie ukrywał tego, że chce być solistą, liderem. To reżyserów bardzo niepokoi, gdy aktor mówi, że nie interesuje go tzw. praca zespołowa, bo on jest gwiazdą. Reżyser potrafi coś z tym zrobić, wykorzystać to – koledzy aktorzy takich rzeczy nie wybaczają. W Ateneum to było nie do zaakceptowania – stąd pojawiły się te plotki i niechęci. On coraz bardziej się alienował, wyłączał i coraz bardziej rozumiał, że w tym zawodzie człowiek walczy o swoje, że to jest ring.
Czy w takim razie reżyserzy wykorzystywali ten jego potencjał?
Dla każdego reżysera taka osobowość aktorska jest darem z niebios – choć w przypadku Romana nie było to jednoznaczne. W Ateneum przyjaźniłem się z Markiem Walczewskim, Heńkiem Talarem i Romkiem Wilhelmim. To był bardzo bliski związek, przez dziesięć lat nie było dnia, żebyśmy się nie widzieli. Ale ja z Romkiem pracowałem tylko raz (przy spektaklu “Wyspa” Athola Fugarda w 1979 r. – przyp. red.). Wspaniale tę pracę wspominam. Dla mnie to było ważne przeżycie i doświadczenie. Takich sytuacji, że aż się prosiło, by go obsadzić, było więcej. Ja go dla dobra spektaklu, dla dobra grupy aktorskiej i wytworzenia w niej wspólnej energii nie obsadzałem – o czym mu otwarcie mówiłem. Bo ja wiedziałem, że on tę rolę rozwali. W moim przekonaniu łatwiej o współpracę aktora z reżyserem w filmie. Film jest „przedmiotem jednorazowego użytku”. Spektakl w teatrze musi „żyć” kilkadziesiąt lub kilkaset razy i ta grupa musi ze sobą współbrzmieć. Gdy się spojrzy na listę jego spektakli w Ateneum, to zauważyć można taką prawidłowość, że gdy przychodził nowy reżyser to zachwycał się nim, angażował go, był wniebowzięty, ale potem go już nie obsadzał, bo się go bał.
Czy ta samotność Wilhelmiego, brak rzesz przyjaciół, wynikała z tego, że miał tak trudny charakter, czy też dlatego, że był tak wymagający w doborze osób, które do siebie dopuszczał?
Zbliżanie się do Romana poza przygodą artystyczną nie niosło ze sobą żadnych korzyści. Żyliśmy zaś w takich czasach, że każdy człowiek dobierając sobie znajomych szukał takich związków, które mu coś dadzą. Roman nie mógł nic dać, nie mógł nic załatwić, nie mógł w niczym pomóc – mógł dać przyjaźń. Dlatego niewiele osób się do niego zbliżało. Młodsi aktorzy byli nim onieśmieleni a starsi po prostu czuli jego wielkość. W takiej sytuacji trudno o przyjaźnie. Był też wymagający. Przypominam sobie taką sytuację: moja była żona, francuska malarka miała taką wadę, że wymagała od wszystkich tyle, ile od siebie, a od siebie wymagała maksimum. Spowodowało to, że w ciągu pół roku „zlikwidowała” praktycznie wszystkich przyjaciół z mojego otoczenia. Tymczasem, gdy przyjechała po raz pierwszy do Polski, to jedynym człowiekiem, którego zaakceptowała od razu i natychmiast był Roman. To jest ciekawe, że człowiek najbardziej wymagający od siebie i od innych Romana zaakceptował w sekundę czując, że on od siebie wymaga równie wiele.
Share on Facebook