Rozmowa z Mirosławą Sikorską, autorką filmu „Podróże w czasie” o Romanie Wilhelmim.
Do Romana Wilhelmiego mam stosunek bardzo emocjonalny. Uważam, że to jest jeden z najlepszych polskich aktorów. On odszedł wiele lat temu, ale żyje w tym co zrobił w teatrze, w serialach w filmach.
Stworzyła Pani dokument przypominający tę postać. Jego powstawanie nie było łatwe.
Rzeczywiście, produkcja była dość dziwna, bo na to, by ten film powstał trzeba było czekać dziesięć lat. Telewizja generalnie była niezainteresowana tą produkcją. Zgodę po wielu latach składania wniosków otrzymałam w 2008 roku. Zaznaczyć muszę bardzo dużą pomoc rodziny aktora, głównie Kariny Wilhelmi, która silnie włączyła się w prace. Trzeba było przegrać archiwalne taśmy pozostające w rodzinnych archiwach. Udało się to dzięki jej pomocy i pomocy przyjaciół. Chcemy te zachowane materiały przekazać Scenie na piętrze lub Muzeum Miasta Poznania. Bo Wilhelmi jest poznaniakiem i chcemy, by w Poznaniu pozostały archiwa po nim.
Co udało się zachować na tych starych taśmach?
To piękne ujęcia dokumentujące tradycje prawdziwej poznańskiej rodziny. Widzimy jak obchodzą święta, jak traktują dzieci – to doprawdy rzecz na osobny film. Roman był zresztą bardzo ciepłym człowiekiem, przyjaźnie nastawionym do ludzi. On kochał swoją rodzinę, mam stosy listów, kartek jakie pisał do swojej mamy. Był też mocno związany z Poznaniem. Często przyjeżdżał tutaj po to, by odpocząć.
Ważną częścią Pani dokumentu są rozmowy z bliskimi i z przyjaciółmi Romana Wilhelmiego. Jak jest on pamiętany przez tych, z którymi niegdyś współpracował?
W każdym przypadku widziałam ich wielką przyjaźń i sympatię do Romana Wilhelmiego. Henryk Talar na zdjęcia do filmu o Romanie jechał całą noc z drugiego końca Polski, gdzie kręcił swój film tylko po to, by poświęcić nam godzinę i wrócić na tamten plan filmowy. Jak stwierdził, doskonale wiedział, że Wilhelmi był lepszym od niego aktorem, ale mu to absolutnie nie wadziło. Opowiadali też o nim mnóstwo anegdot. Roman Wilhelmi jak każdy człowiek miał wady i zalety. Cechował go pracoholizm. On nie wszedł na scenę, kiedy nie był gotowy, czasem stawiając ekipę filmową w trudnej sytuacji. W „Ćmie” Zygadły przez trzy dni nie pojawił się na planie. Krążyły o jego nieobecności straszliwe wersje a tymczasem on uczył się roli.
Podobno powstaje nowa, dłuższa wersja Pani filmu
Pracujemy nad tym. Mam nadzieję, że w przyszłym roku powstanie ta nowa wersja, bo materiałów do filmu jest tak dużo że ich ograniczenie do pół godziny było dla mnie prawdziwym dramatem. Bardzo na to liczę, że będę mogła zrobić o nim większy film.
Share on Facebook