
- Foto: Krzysztof Styszyński
O swoich spotkaniach z Romanem Wilhelmim opowiada Romuald Grząślewicz, prezes Fundacji sceny na piętrze Tespis, która jest organizatorem poznańskich Dni poświęconych pamięci wybitnego aktora.
Gdzie spotkali się Panowie po raz pierwszy?
- Sięgnąłem pamięcią do lat 80., ponieważ przelotne spotkanie stanowiło początek z mojej strony bardzo ważnej znajomości. To było w Poznaniu, kiedy Roman Wilhelmi miał próby do Emigrantów z reżyserii Krzysztofa Załuskiego. Po latach, kiedy doszło do spotkania zaaranżowanego przez Zdzisława Wardejna w marcu 1991 roku w Hotelu Nauczycielskim próbowałem w pierwszych zdaniach przypomnieć to nasze pierwsze zetknięcie sprzed lat. Nie wiem, czy z uwagi na kurtuazję, czy rzeczywiście, ale powiedział natychmiast – pamiętam naturalnie. Jednak do dziś nie jestem przekonany, czy rzeczywiście pamiętał. Ja natomiast zapamiętałem doskonale tamto spotkanie i te dwa kolejne warszawskie w marcu w 1991 roku.
Co w nich było takiego szczególnego, że tak dokładnie je Pan pamięta?
- Odbyły się dzień po dniu. Skąd pomysł na zaproszenie i spotkanie z Wilhelmim? To przyszło od Zdzisława Wardejna. Wyjeżdżając do Warszawy na kilka dni, zadzwoniłem do niego i zdałem pytanie czy moglibyśmy się spotkać, czy ma coś na warsztacie, czy akurat coś robi? Myślałem wtedy o aktorskiej stronie działalności Zdzisława. Okazało się, że właśnie pracuje nad reżyserią monodramu według Kenetha Hughesa ,,Mały światek Sammy Lee” z Romanem Wilhelmim. Przywiozłem wtedy po trzech dniach pobytu w stolicy cztery wspaniałe tytuły z samymi gwiazdami. Pierwszym z nich było właśnie ,,Sammy”” Romka Wilhelmiego. Premiera odbyła się 24 kwietnia. Panowie przyjechali kilka dni wcześniej, bo musiały się odbyć próby techniczne i sytuacyjne. Wtedy mogłem się przyjrzeć bliżej pracy Romana i jemu samemu. Był mocarzem psychicznym, natomiast fizycznie było już wtedy widać, że jest to ciężko schorowany człowiek, wychudły, zapadnięte oczy, twarz poorana bruzdami, ale jednocześnie pełen był niesamowitej siły. Duże frazy tekstu wypowiadał tak sugestywnie, że zapominało się o jego wyglądzie. Podziwiałem też jego technikę grania.
Miały być kolejne spektakle z jego udziałem w Scenie na Piętrze…
- Pamiętam, że kiedy rozstawaliśmy się po jego ostatnim przedstawieniu w Poznaniu, umówiliśmy się, że Roman Wilhelmi przyjdzie do Sceny na Piętrze z Henrykiem Talarem z przedstawieniem „Wyspa”. Nawet wyznaczyliśmy datę. Najbliższym wolnym terminem, jakim dysponował, był listopad 18-19-20. Niestety, do tego przedstawienia nie doszło. 4 lub 5 listopada, ja już wiedziałem o śmierci Wilhelmiego, zadzwonił Henryk Talar i stwierdził: jak wiesz, nie przyjedziemy do Ciebie z „Wyspą”, ale jak przyjedziesz do Warszawy, to możemy porozmawiać z Rysią Hanin i bardzo chętnie odwiedzimy Scenę z „Balladą o Januszku”.
Jakim był człowiekiem?
- Wielopiętrowym. Potrafił być niezwykle sympatyczny, ale też i zachowywać się mało elegancko. Potrafił wybuchnąć, ale też i natychmiast skończyć konflikt. Był szczery. Potrafił być pogodny i dowcipny. Był zazdrosny o czyjś sukces u jego boku, ale też o tym mówił. Miał papiery na gwiazdę. Wiele rzeczy uchodziło mu płazem. Wiele żądał od siebie, ale też i od otoczenia, z którym pracował. Wszystko musiało być dopracowane do ostatniego szczegółu. Pracował jak szalony. Próby odbywały się do bardzo późnych godzin nocnych, ale nikt nie narzekał.
Na pomysł zorganizowania Dni Romana Wilhelmiego w Poznaniu w ubiegłym roku natychmiast wyraził Pan zgodę.
- Na pewno był to człowiek mnie osobiście bardzo bliski. Do tej pory nie był postrzegany przez poznaniaków, jako współkrajan. I to chyba nadal pokutuje. Same Dni Romana Wilhelmiego, te w ubiegłym roku i te obecne, tego nie zmienią. Nie sprowadzimy autobusów ludzi na Masztalarską i nie powiemy: o patrzcie, właśnie w tych murach Roman Wilhelmi miał trzy fantastyczne premiery w tym tę ostatnią w swoim życiu. Jest coś szlachetnego w pomyśle, a to wydarzenie z tym koresponduje, przywracania poznaniaków Poznaniowi. Minęło już tyle lat od jego śmierci, nie idzie za nim wielka legenda i dmuchające w nią media, a jednak nadal jest pamiętany, oglądany i to także przez młodzież. Dzieje się tak głównie dzięki serialom stale pokazywanym w telewizjach. Znacznie mniej pamiętamy jego role filmowe, ale też dlatego tak się dzieje, że nie pokazuje się ich. Tutaj wielki ukłon należy się szefostwu kina Muza, które za każdym razem włącza się w przygotowanie imprezy organizując pokazy filmowe.
exPress Dziennikarska Agencja Usługowa
Share on Facebook